Miało być o jedzeniu, będzie o ludziach. O dziwo ten temat wydał mi się bardziej przystępny.
Nie wiem czy już o tym wspominałam, ale od prawie trzech tygodni mieszkam w bardzo międzynarodowym środowisku. Spotkałam już osoby z różnych krajów, o różnych zwyczajach i temperamentach. Często zastanawiałam się, czy moją chęć bądź też niechęć do spędzania z nimi czasu wypływa z różnic kulturowych czy po prostu osobowościowych. Te drugie też mogą wynikać z różnic kulturowych… Myślę, że jeszcze długo nie znajdę odpowiedzi na to pytanie.
Dla mieszkańców tej swoistej społeczności jesteśmy nowością. Dopiero przyjechaliśmy, nigdy nie byliśmy w tym miejscu tak długo, jednym z celów naszej bytności tutaj jest poznanie innych osób pracujących dla tej organizacji (a jest ich bardzo dużo). Podejrzewam, że niektórzy także uważają, że czujemy się bardzo osamotnieni i należy nam zorganizować każdy kawałek wolnego czasu 🙂 Co jest urocze, ale też momentami irytujące. Ciągle też dostajemy zaproszenia na kolacje. Oczywiście żadnemu nie odmawiamy. Do tej pory byliśmy na trzech kolacjach u kogoś i sami zaprosiliśmy innych do siebie dwa razy. Szał! Nie wiem czy przez trzy ostatnie lata życia w Warszawie miałam gości tyle razy.
Na początku to zainteresowanie mną było dla mnie krępujące. No cóż, nie jestem zbyt towarzyska, a tu nawet na przerwie kawowej albo ktoś ciągle chciał ze mną rozmawiać, albo wręcz przeciwnie (!) – wszyscy ze sobą rozmawiali po francusku, a ja stałam i się uśmiechałam. Teraz po trzech tygodniach już się przyzwyczaiłam i nawet już się nie wstydzę, że nie potrafię płynnie komunikować się w ichnim języku.
Zaraz po przyjeździe te wszystkie kolacje traktowałam jak przymus. Głupio odmówić, ale z drugiej strony o czym rozmawiać przez tyle godzin, kiedy już opowiedziało się o swoim życiu w Polsce, zainteresowaniach, a nawet alergiach i dietach…
I nagle, bam! Przełom! Wczoraj byliśmy na kolacji u starszego małżeństwa, które wkrótce wyjeżdża do innego kraju. Będę ich nazywać Panią i Panem. Od początku naszego pobytu tutaj Pani była bardzo miła i opiekuńcza. Idealnie wychwytywała te momenty, w których stałam jak kołek i nie miałam z kim porozmawiać. Trochę obawiałam się tej kolacji, bo para ta jest kilka lat starsza od moich rodziców, mało się znamy, o czym my będziemy rozmawiać…?
Z ręka na sercu mogę przysiąc na wszystko, że był to najlepiej spędzony czas. Wiecie, są tacy ludzie, którzy samą swoją obecnością, w każdej sytuacji sprawiają, że czujesz się jak w domu. Np. przerzucasz obornik, jesteś cały w gównie, śmierdzisz na kilometr, kiedy przychodzi taka osoba i jak gdyby nigdy nic przytula Cię na powitanie, mówi, że cieszy się, że Cię widzi i może nawet jeszcze dołoży Ci komplement, że ładnie wyglądasz w tych kaloszach. Anioły, nie ludzie. Właśnie ta para taka jest. Byłam pod ogromnym wrażeniem ich naturalnej zdolności do bycia z innymi. Bardzo trudno oswajam się z ludźmi, ale u nich już po pierwszych kilku minutach zaczęłam żałować, że tak krótko będziemy we Francji. Jakiekolwiek trudności językowe nie istnieją, kiedy jesteś z nimi. Rozmawialiśmy po angielsku, jeśli czegoś nie zrozumieliśmy albo nie potrafiliśmy powiedzieć, oni naturalnie, delikatnie podpowiadali nam lub używali innych słów. Raczej jakby czytali nam w myślach i kończyli zdanie, niż korygowali nasz angielski. I nie zamierzam się zastanawiać, czy jest to kwestia kulturowa czy osobowościowa. Oboje pochodzą z Europy, choć z różnych krajów, żadne z nich nie jest z Polski. Będę ich po prostu uwielbiać za to, jacy są.
Dlatego też ten post dedykuję tej właśnie parze, choć pewnie nigdy go nie przeczytają. Ale wiedzcie, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy sprawiają, że z nimi czujesz, że jesteś we właściwym miejscu. I to są właśnie oni.
P.S. Dziś kolejna kolacja! Już nie mogę się doczekać 😉
Ahoj przygodo!



